Niektóre zdania mogą być jednocześnie prawdziwe i niesprawiedliwe. Nie dlatego, że zawierają kłamstwo, lecz dlatego, że z prawdziwego fragmentu rzeczywistości czynią jej ostateczny opis.
Uczeń nie wykonał polecenia. Ktoś nie dotrzymał obietnicy. Człowiek publiczny wypowiedział słowa, których nie powinien był wypowiedzieć. Wszystko to może być prawdą. Fakty domagają się uznania, a czyny niekiedy również konsekwencji. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestajemy odróżniać zdarzenie od osoby, interpretację od wiedzy, a własne przekonanie od całej dostępnej nam prawdy.
Wystarczy czasem jedno zdanie, aby człowieka umieścić w gotowej kategorii. Kolejne informacje wydają się już zbędne. Wiemy, co o nim myśleć, zanim zdąży opowiedzieć cokolwiek o sobie. Każde następne słowo interpretujemy w świetle oceny, którą już wydaliśmy. Nie jest to szczególnie nowa przypadłość. Ludzie od dawna porządkują rzeczywistość za pomocą pojęć, ocen i wyobrażeń. Bez tego nie potrafilibyśmy myśleć. Kłopot pojawia się wówczas, gdy kategorie, które miały pomagać nam rozumieć świat, zaczynają zwalniać nas z obowiązku poznawania go.
Wtedy nazwanie czegoś zastępuje zrozumienie.
Być może właśnie tutaj kryje się jeden z ważniejszych paradoksów współczesności. Nigdy wcześniej nie mieliśmy tak wielu możliwości komunikowania się, a jednak wciąż potrafimy pozostawać wobec siebie zadziwiająco nieobecni.
Coraz sprawniej rozpoznajemy stanowiska. Coraz mniej cierpliwie poznajemy ludzi.
Zanim skończysz mówić
Słuchanie uchodzi za jedną z najprostszych ludzkich czynności. W rzeczywistości należy do najbardziej wymagających. Nie dlatego, że trudno usłyszeć wypowiadane słowa. Trudno dopuścić możliwość, że za tymi słowami kryje się znaczenie, którego jeszcze nie znamy. Że rozmówca nie mieści się w naszym dotychczasowym obrazie świata. Że jego wypowiedź może wymagać nie tylko odpowiedzi, ale również korekty naszego rozumienia.
W codziennych rozmowach zdarza się coś osobliwego. Ktoś dopiero zaczyna mówić, a my już przygotowujemy odpowiedź. Rozpoznajemy znajome sformułowanie, przypisujemy mu określony światopogląd, odtwarzamy wcześniej wypracowaną argumentację. Rozmówca staje się potrzebny właściwie tylko po to, by potwierdzić, że dobrze go zakwalifikowaliśmy.
Nie słuchamy już człowieka. Słuchamy własnego wyobrażenia o nim.
Filozofka Miranda Fricker opisała zjawisko, które nazwała niesprawiedliwością poznawczą. Jedną z jej postaci jest sytuacja, w której człowiekowi odmawia się należnej wiarygodności nie ze względu na wartość tego, co mówi, ale z powodu uprzedzeń wobec tego, kim jest. To ważne rozróżnienie. Nie każdy pochopny osąd jest taką niesprawiedliwością. Jednak w obu przypadkach warto zapytać, czy rzeczywiście oceniamy czyjąś wypowiedź, czy może wcześniej podjęliśmy decyzję, komu w ogóle pozwalamy być wiarygodnym.
Podobny problem pojawia się w refleksji Magdaleny Szpunar, która pisała o „rozmawianiu bez rozmowy”. O pozornych dialogach, które są raczej spotkaniem dwóch monologów niż próbą wzajemnego zrozumienia. Możemy wymieniać zdania, nie dopuszczając do siebie znaczenia słów drugiej osoby. Samo zabieranie głosu nie tworzy jeszcze rozmowy. Podobnie jak milczenie nie zawsze oznacza słuchanie.
Nie wynika z tego obowiązek zgadzania się ze wszystkim. Istnieją poglądy fałszywe, działania krzywdzące i stanowiska, którym trzeba się stanowczo sprzeciwiać. Otwartość nie może usprawiedliwiać obojętności, a rzetelność nie polega na przyznawaniu jednakowej wartości prawdzie i kłamstwu. Ale nawet słuszny sprzeciw nie zwalnia nas z obowiązku rozumienia tego, czemu się sprzeciwiamy. Można odrzucić czyjeś stanowisko, nie odbierając mu godności. Nazwać krzywdę po imieniu, nie czyniąc z pogardy narzędzia sprawiedliwości. Przyznać, że ktoś postąpił źle, i jednocześnie uznać, że nie wiemy o nim wszystkiego.
Słuchanie nie jest zgodą. Jest gotowością przyjęcia, że rzeczywistość może zawierać coś więcej niż to, co udało nam się już o niej powiedzieć.
Świat, który nauczył się reagować
Współczesne media nie stworzyły naszej skłonności do pochopnych osądów. Potrafiły jednak nadać jej niezwykłą szybkość. Informacja dociera do nas często razem z gotową emocją. Nagłówek sugeruje oburzenie, obraz podpowiada współczucie, krótki fragment wypowiedzi pozwala wskazać winnego. Zanim poznamy kontekst, zostajemy zaproszeni do zajęcia stanowiska.
Nie jest to wyłącznie kwestia indywidualnego temperamentu. Badania nad zachowaniem użytkowników mediów społecznościowych pokazują, że reakcje otoczenia mogą wzmacniać skłonność do publicznego wyrażania moralnego oburzenia. To, co zyskuje aprobatę, łatwiej staje się powtarzanym sposobem uczestniczenia w debacie.
Nie oznacza to, że oburzenie jest z natury czymś niewłaściwym. Niejednokrotnie stanowi uzasadnioną reakcję na niesprawiedliwość. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy bardziej troszczyć się o widoczność własnej reakcji niż o zrozumienie sprawy, na którą reagujemy. Udostępniamy, żeby inni wiedzieli, po której jesteśmy stronie. Potępiamy, żeby nie zostać posądzonymi o obojętność. Bronimy swoich, zanim sprawdzimy, czy rzeczywiście mają rację. Niekiedy nie chodzi już nawet o przedmiot sporu. Chodzi o obowiązek w nim uczestniczenia.
A przecież nie każda sprawa wymaga naszej natychmiastowej opinii. Nie każde milczenie oznacza brak odwagi. Nie każde pytanie jest próbą podważenia prawdy.
Wisława Szymborska w swoim odczycie noblowskim mówiła o dwóch niepozornych słowach: „nie wiem”. Dostrzegała w nich początek ciekawości, dzięki której człowiek nie zadowala się raz przyjętym obrazem rzeczywistości. W kulturze nieustannego komentowania te dwa słowa mogą brzmieć niemal prowokacyjnie. „Nie wiem” nie musi jednak oznaczać bezradności ani ucieczki od odpowiedzialności. Bywa najbardziej uczciwą odpowiedzią, na jaką nas w danej chwili stać. Pozwala oddzielić to, co rzeczywiście ustaliliśmy, od tego, co jedynie podejrzewamy.
Być może ważnym zadaniem edukacji medialnej powinno stać się nie tylko uczenie, jak odróżniać informacje prawdziwe od fałszywych, lecz również rozpoznawanie granic własnej wiedzy. Nie każda opinia musi zostać wypowiedziana natychmiast. Czasem pierwszą odpowiedzialną reakcją jest kolejne pytanie.
Rzeczy pozornie drugorzędne
Nie zawsze lekceważymy człowieka przez wielkie słowa albo publiczne potępienie. Czasem dzieje się to znacznie ciszej.
Niedbały komunikat. Nieczytelny dokument. Chaotycznie przygotowane spotkanie. Instytucja, której język rozumieją wyłącznie jej przedstawiciele. Wypowiedź, w której ważniejsze od przekazania treści staje się zademonstrowanie własnej erudycji. Łatwo uznać to za problemy estetyczne lub organizacyjne. Tymczasem sposób, w jaki coś przygotowujemy i przekazujemy, mówi także o naszym stosunku do odbiorcy.
Nieczytelny dokument nie jest tym samym co jawna niesprawiedliwość. Jednak i tutaj pojawia się pytanie, które warto sobie postawić: ile wysiłku jesteśmy gotowi podjąć, aby drugi człowiek mógł nas zrozumieć?
Nie chodzi o kult doskonałości. Piękno nie gwarantuje prawdy, a elegancka forma nie usprawiedliwia nieuczciwych intencji. Lecz staranność, proporcja i jasność mogą być wyrazem troski o cudzy czas, uwagę i możliwości poznawcze. Profesjonalizm bywa bardzo konkretną postacią szacunku. Ostatecznie również w tych drobnych sprawach decydujemy, czy komunikacja ma służyć przede wszystkim nam, czy także człowiekowi, do którego się zwracamy.
Prawo do dopowiedzenia
W piśmie istnieje znak, który pozwala przerwać główny tok wypowiedzi. Umieścić obok niego wyjaśnienie, uwagę, dodatkowy kontekst. Coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się drugorzędne.
Nawias.
Zwykle myślimy o nim jako o miejscu dla informacji mniej ważnych. A przecież niejednokrotnie to właśnie dopowiedzenie pozwala właściwie zrozumieć całość.
Jedno zastrzeżenie zmienia sens twierdzenia. Jeden pominięty fakt każe ponownie przeczytać cały tekst. Jedna wcześniej niesłyszana osoba ujawnia, że nasz opis wydarzeń był niepełny.
Podobnie bywa z człowiekiem.
Wartości, które wyznaje, nie wyczerpują jego historii. Cierpienie, którego doświadcza, nie musi określać całej jego tożsamości. Błąd, który popełnił, może wymagać naprawienia szkody, ale nie czyni nas właścicielami ostatecznej opowieści o jego życiu. Mamy prawo, a niekiedy obowiązek, oceniać czyny. Nie mamy jednak dostępu do pełni cudzego doświadczenia. Nie znamy wszystkich okoliczności, przemilczanych wątpliwości ani dróg, którymi drugi człowiek dochodził do swoich decyzji.
Prawo do dopowiedzenia nie oznacza prawa do uniewinniania samego siebie. Nie daje także przywileju do ostatniego słowa. Przypomina jedynie, że nasz opis rzeczywistości może wymagać uzupełnienia. A to wymaga czegoś więcej niż cierpliwości wobec innych. Wymaga gotowości do zakwestionowania samego siebie.
Bo przecież także my potrafimy popełniać błędy, które tak łatwo rozpoznajemy u innych. Zbyt szybko oceniamy, niecierpliwie przerywamy, wybieramy wygodne interpretacje. Chętniej dostrzegamy niekonsekwencję przeciwnika niż sprzeczności we własnym postępowaniu.
Nie da się tego całkowicie wyeliminować. Można jednak nauczyć się wracać do własnych słów. Sprostować je, jeśli były niesprawiedliwe. Przyznać się do błędu. Przeprosić nie tylko za to, co powiedzieliśmy, lecz również za sposób, w jaki potraktowaliśmy człowieka.
To nie są małe rzeczy.
Nie wiemy przecież, które z wypowiedzianych przez nas zdań zostaną zapamiętane. Które okażą się ważne, które stracą znaczenie, a które ktoś po latach odczyta inaczej, niż zamierzaliśmy. Po człowieku pozostają jednak nie tylko jego poglądy, osiągnięcia czy instytucje, które współtworzył. Pozostają także mniej uchwytne ślady: czyjaś odzyskana odwaga zadawania pytań, doświadczenie bycia potraktowanym poważnie, pamięć o rozmowie, w której nie trzeba było rezygnować z siebie, aby zostać wysłuchanym.
Nie chodzi w tym tekście o patos, czy też budowanie utopii. Nie istnieje świat bez sporów, różnic i trudnych prawd. Chodzi o powolne i codzienne budowanie społeczeństwa, w którym spór nie musi oznaczać pogardy, a przekonanie o własnej racji nie przekreśla odpowiedzialności za drugiego człowieka.
Nawias otwierający pozostawia miejsce na dalszy ciąg. Nie unieważnia tego, co zostało wcześniej napisane. Przypomina jedynie, że nie wszystko musiało się już w tym zapisie pomieścić. Warto o tym pamiętać zwłaszcza wtedy, kiedy jesteśmy najbardziej pewni własnych słów. Bo nawet gdy wypowiedzieliśmy prawdę, nawet gdy nasze argumenty okazały się słuszne i mieliśmy wszelkie powody, by postawić kropkę, pozostaje jeszcze jedno pytanie:
Czy w tym wszystkim nie pominęliśmy człowieka?

Skomentuj