O kapłaństwie, posłuszeństwie i Kościele, który coraz częściej nie potrafi rozmawiać sam ze sobą.

Po informacji o przeniesieniu ks. Rafała Główczyńskiego przyszło oświadczenie salwatorianów, później emocjonalna odpowiedź duchownego, a wreszcie dziesiątki komentarzy, ocen i pouczeń. Nie trzeba było długo czekać, by rozmowa o konkretnej sytuacji stała się kolejnym sporem o to, jaki powinien być ksiądz. Jedni zobaczyli w nim ofiarę niezrozumiałych decyzji przełożonych, inni zakonnika, który zapomniał o posłuszeństwie. Jeszcze inni zatrzymali się na wulgaryzmach, jakby od ich oceny zależało rozwiązanie całej sprawy.

Mnie również nie podobał się język, którego użył ks. Rafał. Uważam, że można wyrazić gniew stanowczo, nie rezygnując z odpowiedzialności za słowo. Tyle że nie chcę zatrzymywać się na gwiazdkach zastępujących litery. Nie zamierzam też występować w roli obrońcy księdza ani jego przełożonych, ponieważ nie znam wszystkich okoliczności ich konfliktu. Bardziej niepokoi mnie coś, co wydarzyło się wokół niego. Z niezwykłą łatwością zaczęliśmy rozdzielać role, wskazywać winnych i przypisywać intencje. Zanim zdążyliśmy poznać całą historię, wielu z nas wiedziało już, kto powinien przeprosić, kto ustąpić i kto nie dorósł do własnego powołania.

Właściwie ten mechanizm nie jest nowy. Niedawno gorącą dyskusję wywołał „List do młodego księdza” ks. Jerzego Szymika, w którym refleksja o ofierze, krzyżu i wierności kapłańskiemu powołaniu wywołała spór o miejsce psychoterapii i ludzkiej słabości w życiu duchownego. Wcześniej wydarzenia w Grojcu, związane z odwołaniem wieloletniego proboszcza, pokazały, jak głęboko potrafią podzielić wspólnotę decyzje kościelnej hierarchii. Są to sprawy o różnych przyczynach, okolicznościach i ciężarze odpowiedzialności, których nie należy ze sobą utożsamiać. Łączy je jednak pytanie, które powraca z zadziwiającą uporczywością: kim właściwie ma być ksiądz i kto ma prawo o tym decydować?

Przez lata budowaliśmy rozmaite obrazy kapłaństwa. Dla jednych ksiądz miał być człowiekiem niemal pozbawionym własnych potrzeb, gotowym cierpieć, rezygnować z siebie i przyjmować każdą trudność w milczeniu. Dla innych stawał się lokalnym bohaterem, niezastąpionym proboszczem, charyzmatycznym liderem, którego popularność miała potwierdzać słuszność wszystkich podejmowanych decyzji. Później pojawiło się oczekiwanie, by był również przystępny, zabawny, obecny w mediach społecznościowych i podobny do ludzi, do których chce dotrzeć. Każdy z tych obrazów zawiera coś wartościowego, ale żaden nie jest pełny.

Być może największy problem zaczyna się wtedy, kiedy z jednego fragmentu czynimy całą definicję człowieka. Ksiądz, który cierpi, ma być święty, dopóki nie poprosi o pomoc. Ksiądz, który odnosi sukcesy duszpasterskie, ma być podziwiany, dopóki nie zakwestionuje decyzji przełożonych. Ksiądz, który mówi językiem współczesności, ma być autentyczny, dopóki nie wypowie słowa, które burzy nasz obraz duchownego. W każdym przypadku okazuje się, że łatwiej przychodzi nam oceniać zgodność człowieka z własnym wyobrażeniem niż spróbować go zrozumieć.

To prowadzi mnie do pytania o formację. Nie tylko seminaryjną, lecz przede wszystkim chrześcijańską, dotyczącą nas wszystkich. Przez wiele lat uczyliśmy się praktyk religijnych, poznawaliśmy przykazania, obowiązki i zasady kościelnego życia. Znacznie trudniej przychodziło nam dojrzewanie do rozumienia ich sensu. Potrafimy powoływać się na posłuszeństwo, ale czy umiemy odróżnić je od bezrefleksyjnego podporządkowania? Umiemy mówić o hierarchii, ale czy rozumiemy władzę jako służbę? Zachęcamy do niesienia krzyża, ale czy zawsze potrafimy rozpoznać, kiedy czyjeś cierpienie domaga się naszej pomocy, a nie kolejnej pobożnej rady?

Posłuszeństwo ma w Kościele swoje rzeczywiste i głębokie znaczenie. Zakonnik składa ślub posłuszeństwa, a kapłan diecezjalny przy święceniach przyrzeka szacunek i posłuszeństwo właściwemu przełożonemu. Nie są to jedynie symboliczne gesty. Chrześcijaństwo nie jest przecież zbiorem niezależnych przedsięwzięć, w których każdy realizuje własną wizję Ewangelii. Wspólnota potrzebuje odpowiedzialności, rozeznania i porządku. Nie oznacza to jednak, że posłuszeństwo jest rezygnacją z sumienia, rozumu czy prawa do przedstawienia własnych racji. Sam Kodeks Prawa Kanonicznego przypomina przecież, że przełożeni powinni wykonywać władzę w duchu służby, chętnie wysłuchiwać podwładnych i wspierać wspólną inicjatywę, zachowując prawo do podejmowania ostatecznych decyzji.

Dlaczego więc w naszych sporach tak często zostaje z tego jedynie ostatni element?

Niepokoi mnie zarówno wizja Kościoła, w którym każdy charyzmatyczny duchowny uznaje własne przekonania za ważniejsze od wspólnotowych zobowiązań, jak i wizja instytucji, w której posłuszeństwo staje się argumentem kończącym każdą trudną rozmowę. Pierwsza grozi kultem jednostki, druga może prowadzić do utożsamienia jedności z milczeniem. A przecież wspólnota nie staje się dojrzalsza tylko dlatego, że nikt nie podważa podejmowanych decyzji. Nie staje się nią również wówczas, gdy każdą decyzję przełożonego poddaje się publicznemu głosowaniu.

Podobne nieporozumienie widzę w naszym stosunku do cierpienia. W dyskusji wokół tekstu ks. Szymika pojawiło się pytanie o granice ofiary, o psychoterapię i o to, czy kapłan ma prawo przyznać się do własnej bezradności. Nie chcę odbierać autorowi prawa do poetyckiego języka ani pomijać jego zasadniczego wezwania do wierności Chrystusowi. Zarazem trudno przejść obojętnie obok obawy, że niektóre słowa mogą utrwalać obraz kapłaństwa, w którym człowiekowi wolno wszystko ofiarować, ale niewiele wolno otrzymać.

Chrześcijaństwo mówi o krzyżu, lecz nie czyni z cierpienia wartości niezależnej od miłości. Jezus nie przyszedł po to, by przekonać człowieka, że im więcej znosi, tym mniej potrzebuje drugiego człowieka. Przyjmował cierpienie, ale również dostrzegał cierpiących, zatrzymywał się przy nich i odpowiadał na ich potrzeby. Jeżeli z krzyża uczynimy usprawiedliwienie obojętności, możemy zachować religijny język, a utracić coś z samego centrum Ewangelii.

W tym wszystkim pozostaje jeszcze odpowiedzialność nas, świeckich. Łatwo dziś mówić o kryzysie kapłaństwa, jakby dotyczył on wyłącznie seminariów, kurii i parafii. Tymczasem nasze oczekiwania także kształtują sposób sprawowania tej posługi. To my potrafimy wynosić duchownych na piedestały, bronić ich niezależnie od okoliczności, a później równie szybko odmawiać im prawa do słabości. Przywiązujemy się do konkretnych osób, czasami tak mocno, że parafię zaczynamy utożsamiać z proboszczem, a Kościół z własnym poczuciem przynależności. Wówczas każda zmiana staje się zagrożeniem, każda krytyka atakiem, a każda próba rozmowy wymaga wcześniejszej deklaracji lojalności.

Media społecznościowe jedynie przyspieszają ten proces. Oświadczenie staje się materiałem do kolejnych komentarzy, emocjonalna odpowiedź dowodem winy albo autentyczności, a pojedyncze zdanie zastępuje całą wypowiedź. Coraz rzadziej pytamy, czy dobrze zrozumieliśmy drugiego człowieka. Znacznie częściej szukamy fragmentu, który pozwoli nam utwierdzić się we własnym przekonaniu. Tak również można stracić zdolność słuchania, nawet gdy nieustannie mówi się o prawdzie.

Nie proponuję przy tym łatwego pojednania, w którym wszyscy mają trochę racji, więc nikt nie ponosi odpowiedzialności. Są sytuacje wymagające jednoznacznych decyzji, są rzeczywiste nadużycia, są też granice, których nie wolno przekraczać. Wierne przedstawienie faktów pozostaje obowiązkiem, a dialog nie może służyć unikaniu sprawiedliwości. Chodzi mi o coś innego. O umiejętność odróżnienia człowieka od jego błędu, decyzji od sposobu jej zakomunikowania, prawa do sprzeciwu od nieposłuszeństwa, a lojalności wobec Kościoła od bezwarunkowej aprobaty każdej decyzji jego przedstawicieli.

Jan Paweł II w adhortacji Pastores dabo vobis przypominał, że formacja ludzka jest fundamentem całej formacji kapłańskiej. Wskazywał również na potrzebę dojrzałości, umiejętności dialogu, szacunku i zdolności budowania więzi. Zastanawiam się, czy wystarczająco poważnie potraktowaliśmy tę myśl. Nie tylko wobec przyszłych księży, ale również wobec wspólnot, które mają ich przyjmować, wspierać i razem z nimi dojrzewać w wierze.

Być może właśnie tutaj ujawnia się nasz najgłębszy problem. Przez lata formowaliśmy ludzi do określonych ról, ale nie zawsze do dojrzałych relacji. Uczyliśmy, jak zachować się wobec autorytetu, lecz znacznie mniej, jak odpowiedzialnie sprawować autorytet. Mówiliśmy o miłości bliźniego, a jednocześnie nie nauczyliśmy się rozmawiać z człowiekiem, który nas rozczarował. Przyzwyczailiśmy się do obrony Kościoła, czasem zapominając, że nie wszystko, co służy ochronie jego wizerunku, rzeczywiście służy jego dobru.

Nie wiem, kto ostatecznie ma rację w sporze ks. Rafała Główczyńskiego z przełożonymi. Być może zapowiadane dokumenty pozwolą lepiej zrozumieć podjęte decyzje i przebieg rozmów. Nie chcę jednak, by kolejny raz cała nasza refleksja skończyła się na wyłonieniu zwycięzcy. Nawet jeśli poznamy wszystkie fakty, pozostanie przecież pytanie o to, dlaczego tak trudno nam przeżywać podobne sytuacje bez wzajemnego upokarzania, idealizowania jednych i potępiania drugich.

Nie potrzebujemy księży, którzy zawsze spełniają nasze wyobrażenia. Potrzebujemy kapłanów świadomych swojego powołania, ale również własnego człowieczeństwa. Potrzebujemy przełożonych zdolnych podejmować trudne decyzje i wspólnot, które potrafią przyjmować je bez rezygnacji z odpowiedzialnego myślenia. Przede wszystkim jednak potrzebujemy chrześcijaństwa, w którym prawda nie zwalnia z miłości, a miłość nie jest usprawiedliwieniem dla przemilczania prawdy.

Może więc zanim kolejny raz zapytamy, jaki powinien być ksiądz, warto zastanowić się, jakimi chrześcijanami sami się staliśmy. Bo być może najwięcej o naszej formacji mówi nie to, jak wyobrażamy sobie idealnego kapłana, ale to, jak traktujemy rzeczywistego człowieka, kiedy przestaje do tego wyobrażenia pasować.

Skomentuj